MENU

Piąta doba: Jeszcze trzech na morzu

Bitwa o Gotland
Piąta doba: Jeszcze trzech na morzu
Foto: Marek Wilczek

Wczoraj od rana do późnego wieczora Marina Delphia witała kolejne grupy zawodników powracających do portu po Bitwie o Gotland. Dziewiętnastu samotnych żeglarzy zakończyło już rywalizację, na trasie pozostają trzy jednostki. Do portu powróciły również wszystkie jachty osłonowe zabezpieczające trasę regat.

Wczorajszego wieczoru do portu dotarli Aleksandra Emche (Kosia III), za nią Andrzej Kopytko (True Delphia), który tym samym uzyskał kwalifikację do regat OSTAR. Potem o zachodzie słońca na metę wpłynął Zenon Jankowski (Oceanna). Już po zmroku, jako pierwszy z grupy małych jachtów pojawił się Fidoo, którego sternik Marcin Wroński robił, co mógł, żeby wrócić jak najszybciej, bo obiecał żonie, że zdąży na rocznicę ślubu – i słowa dotrzymał. Następny na mecie był Michał Weselak (Ocean 650), a tuż za nim Szymon Kuczyński (Atlantic Puffin). Ostatnim „gościem wieczoru” była witana na mecie przed północą, w blasku księżyca, Joanna Pajkowska (Vector Baltica). Dziś o godzinie 1300 w Marinie Delphia zacumował Maciej Muras (Delphia III).

Na wszystkich zawodników czekało powitanie na wodzie i ciepły posiłek w marinie. Paweł Biały (Zezowate Szczęście) i Rafał Skroński (Akademia Jachtingu VII) o godzinie 1500 znajdowały się na wysokości Helu, a ostatni, Tomasz Ładyko na Double Scotch miał do celu jeszcze 40 Mm.

Po dopłynięciu do portu powiedzieli:

Aleksandra Emche (Kosia III):
„Wynik mógłby być lepszy ale jest OK. Gdybym utrzymała to, co udało mi się wypracować na początku i gdybym nie przespała jednego zwrotu przed znakiem kardynalnym nad Gotlandią, a potem gdybym nie wjechała w strefę ciszy, to by było lepiej. Ale jest dobrze, jestem zadowolona.
Jestem też zadowolona z jachtu – zdecydowałam się wypożyczyć jacht od prywatnego armatora i to się opłaciło. Nie miałam żadnych problemów technicznych, był dobrze przygotowany i zadbany, a w związku z tym ja również.
Ta edycja była na pewno trudna pod względem pogody. Warunki na wodzie były inne niż w prognozie, a pogoda była zmienna, bo strefy ciszy były nieprzewidywalne i tu wszystko zależało od szczęścia. Trzeba było myśleć strategicznie z dużym wyprzedzeniem.
Każdy rejs czegoś uczy nowego – trochę się zaangażowałam regatowo, nauczyłam się lepiej trymować jacht, na pewno mi się to przyda.
Sztorm nie jest wcale najgorszym, co może być – cisza jest bardziej frustrująca, bo nie możesz zrobić nic, po prostu stoisz i żadne zaklęcia tu nie pomogą. W sztormie przynajmniej walczysz, coś robisz. A jak stoisz to nic – tego najbardziej nie lubię, nie lubię ciszy, bo wtedy nie mogę nic zrobić.
Najfajniej było na początku, kiedy udało mi się wyprzedzić kilka jachtów, a potem halsówka pod brzegiem Gotlandii, robienie zwrotów na czas, pamiętanie o wszystkim, kiedy każda minuta jest na wagę złota – regatowa walka, żeby jak najwięcej wyciągnąć z łódki. Dało mi to w kość, ale to było w porządku, mam satysfakcję, że zrobiłam to, co miałam zrobić.”
Andrzej Kopytko (True Delphia):
„Udało mi się zrealizować dwa najważniejsze cele – po pierwsze kwalifikację do regat OSTAR. Mam na liczniku 550 mil morskich, więc już koło platformy wiertniczej był sukces, droga do OSTAR otwarta. Po drugie – z pozytywnym wynikiem zaliczyłem test jachtu, wszystkie rozwiązania prądowe i elektroniczne, jakie na nim zamontowałem. Także mam za sobą trening siebie i jachtu. Nie byłem nastawiony tak bardzo na wynik, tylko chciałem sprawdzić, jak uda mi się wejść w rytm dłuższego rejsu. Założyłem, że skoro czeka na mnie Atlantyk, to po pięciu dniach nie mogę być zmęczony – to się udało. Jestem zadowolony. Trudnością w Bitwie jest to, że trzeba pilnować ruchu jachtów, który jest naprawdę spory.
Ja łódkę przygotowuje dwa lata, powoli wymieniam i testuje wszystko. Zdarza się, że jeszcze wychodzą jakieś drobiazgi. Ale mam teraz taki spokój psychiczny, że wszystko, co do tej pory zrobiłem, zdaje egzamin.
Warunki? To był maraton. Nastawiałem się na jakiś hardkor, a ta pogoda była bardziej męcząca niż sztorm …”

Foto: Marek Wilczek

Michał Weselak (Ocean 650):
„Jakby ktoś dwa lata temu powiedział mi, że będę kończył Bitwę z flarą w ręku, na jachcie Mini i to tym, co nim Radek ocean przejechał to bym go wyśmiał. Ale cuda się zdarzają -  żeglowanie sprawia, że jesteśmy lepszymi człowiekami.(…)
Dla mnie szczytem ambicji jest to, że ukończyłem Bitwę – bo to jest trudny wyścig. To są regaty trudne psychicznie i fizycznie. Podobały mi się warunki – bardzo różna pogoda, która bardzo wkurzała. Ale jak już dopłynąłem – kurde, jestem zadowolony z tego, co zrobiłem. Z rzeczy łatwych nie ma co być dumnym. Fajnie było, że było drugie Mini, z którym mogłem się pościgać, że miałem przygotowaną łódkę w porównaniu z poprzednim startem. … fajny był księżyc … bo księżyc też ma znaczenie …. Fajne było powitanie na mecie – zawsze marzyłem o tym, żeby odpalić flarę, chociaż może powodu nie było. Zrealizowałem swoje założenie, żeby ukończyć te regaty. Robię to, co mogę, a wynik jest wypadkową moich błędów i pracy. Mówię sobie zawsze: „Staramy się, Michał, żeby było dobrze, żeby być z siebie zadowolonym.
Raz się wystraszyłem, kiedy w nocy przysnąłem w kokpicie. Budzę i nie wiem, gdzie jestem – noc, księżyc, trochę mgła, delikatny wiatr i mega zimno, gwiazdy … Dopiero po chwili do mnie dotarło – Mini, Bitwa – jest dobrze, wróciłem. (…)
Wszyscy bardzo poważnie potraktowali prośbę organizatorów, żeby mieć ze sobą kontakt i się komunikować. To się bardzo sprawdziło, dawało poczucie bezpieczeństwa – w pewnym sensie. Ono jest złudne, ale możesz sobie porozmawiać przez radio i to ma ogromne znaczenie.”


Szymon Kuczyński (Atlantic Puffin):
„Jechałem przez dobę bez prądu i autopilota, mogło by więc być trochę lepiej, a wyszło jak wyszło. Byłem zły na siebie – wiedziałem, że powinienem był sprawdzić przewody przed startem, ale pomyślałem, że kończy się sezon, zaraz wyjmuję jacht z wody, a wszystko działa i dobrze wygląda więc nie ma takiej potrzeby. Ale okazało się, że korozja zrobiła swoje. Nie zauważyłem, że akumulator słabo się ładuje, i w środę o 18 zostałem bez prądu, w najgorszym możliwym momencie, bo wtedy się zaczął pełny kurs. Dopóki żeglowałem na ostrym, kursie, to mogłem ustawić jacht samosterownie, ale na pełnym kursie ze spinakerem to niemożliwe. Potem udało mi się trochę naprawić, ale na tyle, że odzyskałem nawigację, ale nie autopilota, który potrzebuje sporo energii.
Wczoraj był super dzień – Puffin jak mocno wieje potrafi naprawdę zasuwać. Miałem średnią 7 węzłów, a prędkości w dłuższych okresach czasu nawet do 13, i to wcale nie przy zjeździe z fali. Piękna fala była tak naprawdę, łódka szła wspaniale, ślizgiem albo półślizgiem. Aż żałowałem, że nie wyciągnąłem jeszcze paru kilo przed startem, byłoby jeszcze lepiej. Spinakera zrzuciłem dopiero na zatoce. Ale nie mogłem odejść od steru ze względu na brak autopilota. Na metę wpływałem po ciemku w okularach przeciwsłonecznych bo nie miałem jak ich ściągnąć … w dodatku padło mi podświetlenie w GPS, a do środka też nie mogłem zejść. Wystarczyło, że się przesunąłem za sterem w stronę kabestanu, to od razu mnie wywoziło do wiatru.”


Milka Jung